czwartek, 28 lutego 2013

Wiosna !

Wiosna, wiosna, wiosna !
U was też ? :)


wtorek, 26 lutego 2013

Francuskie zawijaski

Coś śniadaniowo zrobiło się tu ostatnio.
W zasadzie chyba najbardziej lubię te poranne posiłki i najlepiej, gdy są jedzone bez pośpiechu, leniwie w łóżku, z książką albo ulubionym serialem.
Dziś znowu wracam do francuskich tostów, ale w nieco innym wydaniu.
Przeglądając kiedyś kulinarne zdjęcia, zauważyłam takie słodkie zawijaski i od razu zapragnęłam je przygotować. Świetnie zaspokoiły moją ochotę na słodkie śniadanie.


poniedziałek, 25 lutego 2013

Góralskie zapiekanki

Uwielbiam Zakopane. 
Za jedyny w swoim rodzaju klimat, urocze knajpki na Krupówkach, pyszne i syte jedzenie.
Za to, że można tam bezkarnie popijać grzane wino i korzenne piwo, bo przecież  trzeba się rozgrzać.
No i za oscypki. Na zimno, na ciepło, z żurawiną i solo.


niedziela, 24 lutego 2013

Powroty

Wróciłam, cała i zdrowa.
Weekend skończył się za szybko.
Jak zwykle. Każdy wyjazd trwa za krótko.


piątek, 22 lutego 2013

Komu w drogę

Już tak późno?
Plecak pęka w szwach.
Bo nigdy niewiadomo co może się przydać. Zwykle wolę mieć za dużo, niż potem kombinować, jak koń pod górę, gdy czegoś zabraknie.
Przezorny zawsze ubezpieczony.
Dlatego zamiast kolejnych sweterków i spodni, pakuję jeszcze do plecaka mini czajnik elektryczny, miseczkę i talerzyk, kilka ibupromów, okulary przeciwsłoneczne i chusteczki nawilżające.
Teraz to już na pewno się nie domknie. A zaraz znowu przypomnę sobie o kolejnej "rzeczy bez której nie przeżyję".


czwartek, 21 lutego 2013

Apetyt na jajka


Dziś zapraszam na śniadanie.
I to nie byle jakie.
Smaczne, zdrowe i pożywne. Na pewno przypadnie do gustu wielbicielom jajek.
Ale jeśli chodzi o takie jaja, to dam sobie uciąć dwie ręce, że każdy jest ich miłośnikiem.
Bo była u mnie dostawa od babci.
Mogę się więc delektować wspaniałym smakiem prawdziwych, wiejskich jaj.
Kto też takimi się zajada, wie że nawet nie ma ich co porównywać ze sklepowymi „trójkami”.
Naprawdę fajnie jest mieć babcię na wsi.

środa, 20 lutego 2013

Kakao jeszcze bardziej czekoladowe


Kto pamięta ukradkowe wyjadanie rozpuszczalnego, słodkiego kakao prosto z opakowania?
W ten sposób legendarny Nesquik smakował mi najbardziej.
Ach dzieciństwo rządzi się swoimi prawami. Są takie rzeczy, które dzieci robią po prostu instynktownie, a potem gdy już są dorosłe i zaczynają wspominać beztroskie lata, padają magiczne słowa: No co ty też tak robiłeś ?! Niemożliwe!
Też chodziłeś po chodniku tak żeby nie nadepnąć na przerwę, albo na pękniętą płytę chodnikową?
No, to dopiero była zabawa.

Choć takiego kakao, na pewno ze smakiem nie podjadacie prosto z pudełka, to jeśli trochę się postaracie, przygotujecie z niego na prawdę przepyszny napój.


wtorek, 19 lutego 2013

Drożdżówki z serem

Prościej być nie może: drożdżowe ciasto i biały ser.
Tak niewyszukane połączenie, a smakuje najlepiej.
Unoszący się w domu zapach drożdżowego ciasta, to dla mnie zapach zimy, przytulnego domu babci i długich wieczorów, spędzanych na wspomnieniach i wesołych rozmowach.
Drożdżowe ciasto nigdy mi tak nie smakuje, jak właśnie zimą.
I choć mam juz serdecznie dosyć obecnej pory roku, śniegu i mrozu, grubych szalików, czapek i rękawiczek, które gubię na każdym kroku, to dla niepowtarzalnego smaku tych słodkich bułeczek, mogłabym nieco przedłużyć tą zimę o kilka dni, no dobra tygodni ;)


poniedziałek, 18 lutego 2013

Szarlotka i deser idealny



Co może być lepszego od lekkiego, beztroskiego weekendu poza światem.
Bez problemów i zbędnego myślenia o nieistotnych rzeczach. 
Bo dobrze żyje się tu i teraz, tylko dla płynącej chwili. 
A kominek, kolejny drink z rzędu i ukochane ramiona to właśnie ten moment.


piątek, 15 lutego 2013

Ugryźć Turcję !

Tak ugryźć. Powąchać, spróbować, smakować i kosztować.
Bo gwarantuję, że odwiedzając ten kraj, nie można przejść obok tematu kulinariów obojętnie.
Zapachy, smaki, kolory. Turecka kuchnia działa naprawdę na wiele zmysłów.
Pomysł na takiego posta, zrodził się już dawno w mojej głowie.
A gdy przeglądnęłam zdjęcia, stwierdziłam że w jednym, nie uda mi się wszystkiego pomieścić.
Bo wspomnień mam mnóstwo i mogłabym tak gadać godzinami.
Więc ostrzegam: przepisu dziś nie będzie.
Nie będzie też krótko, zwięźle i na temat. No ok, tematu obiecuję się trzymać. Ale i tak dziś przetrwają tylko najsilniejsi ;)
Ostatnie wakacje były najwspanialszymi jak dotąd w moim życiu. I mówię to z ręką na sercu.
Nie było lepszych.
A dlaczego?
Ano dlatego, że po raz pierwszy wyjechałam tak daleko, poznałam bliżej zupełnie inną kulturę, nowe smaki, miejsca, ludzi.
Bo wykorzystałam każdą chwilę podczas tych 2 tygodni do maksimum i teraz oglądając zdjęcia szczerzę się jak głupia do ekranu komputera.
A co najważniejsze, w zasadzie powinnam napisać o tym od razu, pierwszy raz spędziliśmy z moim Panem tyle czasu. Tylko razem. We dwoje.
Tylko morze piasek, my... i pyszne jedzenie, bo zaczęło się robić za bardzo ckliwie, a nie o tym miałam pisać.
Miało być o próbowaniu, nowych smakach, lepszych i tych gorszych, czasem zaskakujących.
Nie ukrywam, że przygotowując się do tego wyjazdu, rzeczą o której myślałam z taką samą częstotliwością jak o plaży i morzu, było jedzenie. Nie mogłam się doczekać po prostu!

Dojechaliśmy do hotelu około północy. Niewyobrażalnie głodni.
Niestety o tej porze, o normalnej kolacji mogliśmy zapomnieć, ale specjalnie dla nas została otwarta restauracja, żebyśmy mogli coś przekąsić. Wiadomo, że mieliśmy do wyboru tylko to co zostało z ostatniego posiłku, ale wierzcie lub nie, ten nasz pierwszy posiłek to jeden z moich ulubionych, które tam zjedliśmy. Nie wiem czy to po prostu podekscytowanie, radość z przyjazdu, ale smakowało nieziemsko.


czwartek, 14 lutego 2013

Słodkie, kruche i maślane :)


No ok, nie czekam na walentynki z niecierpliwością.
Nie biegam po sklepach.
Nie wzdycham na widok słodkich dekoracji w galeriach.
Ale to nie znaczy, że nie lubię w jakiś sposób, tego dnia sprawić komuś przyjemności.
Fajnie dawać prezenty od serca, najlepiej własnoręcznie wykonane.
Takie kruche, słodkie serduszka wydają się więc, być idealne. I to nie koniecznie w walentynki, bo każdy dzień jest odpowiedni, żeby schrupać je z wyjątkową osobą.
I ciepło robi się na sercu, gdy ktoś spoglądając na nie, uśmiecha się od ucha do ucha mówiąc, że przypomniałam mu dzieciństwo.
 „Z babcią zawsze piekliśmy takie ciasteczka. Ja dostawałem do ręki foremkę i babcia wałkowała ciasto, a ja wycinałem”
Szczerze?
To też jedno z moich ulubionych wspomnień z dzieciństwa.


środa, 13 lutego 2013

Ferrerki !

Ferrero rocher czy rafaello?
Co wolicie?
Bo ja wybieram domowe ferrerki.
Choć z oryginalnymi słodyczami mają one niewiele wspólnego, to taką nazwą ochrzciłyśmy je z przyjaciółkami i tak już zostało.
Są niezbędnym elementem wszystkich naszych spotkań.
A smakują tak, że na jednym skończyć się nie da.
Wiem co mówię, bo zwykle jeszcze podczas ich lepienia połowa masy znika, w niewyjaśnionych okolicznościach. A w sumie to nie, okłamuję was. 
To są bardzo wyjaśnione okoliczności ;)
Wyglądają trochę jak kupne bajaderki, ale zapewniam że smakują zupełnie inaczej. Za tymi, które można dostać w cukierni nie przepadam, bo są dla mnie po prostu za słodkie i mają za dużo rodzynków. A ja od dziecka dłubałam paluszkiem w serniku zanim go zjadłam, żeby wygrzebać z niego wszystkie „śmieci”. Babcia była kochana, bo dla mnie i siostry zawsze piekła wersję „bezrodzynkową” ;)

 Jak więc zrobić domowe ferrerki?


wtorek, 12 lutego 2013

A po ilu placuszkach ty dziś się uśmiechniesz?

Dzisiejsze śniadanie sponsorowane jest przez bezsenność i podły nastrój.
Wrócę po feriach na uczelnię niewyspana. Ale nie mogę spać.
Nie z głową pełną myśli.
Złamane serce boli najbardziej.
I długo będzie się goić.
Nie, nie moje własne.
Jednak w takich chwilach czuję, jakby część tego serca należała do mnie.
I nie, nie napiszę tego, choć samo ciśnie się na usta. Nie będę generalizować.
Facet to świnia? No dobra, nie mówię tego. Choć weszło mi to do głowy i wyjść nie może.
Ale że każdy?  Nie, na pewno nie.
Może czasem. Bywa.
Nieważne, bo teraz istotne jest co innego.
Torba, czekolada najsłodsza i największa jaką miałam, przyklejony  do twarzy uśmiech i kilogram żartów i dobrego humoru.
Bo ktoś na to czeka i potrzebuje teraz najbardziej na świecie.


poniedziałek, 11 lutego 2013

Na ostatek!

Jakie słowa najczęściej słyszę na koniec rodzinnych imprez, imienin i spotkań?
Właśnie te tytułowe. Na ostatek.
To w zasadzie taka zabawa, którą zawsze zaczyna mój wujek.
Cała rzecz polega na tym, że ten kto opuszcza imprezę, musi kogoś dotknąć, krzyknąć „Na ostatek!” i brać nogi za pas, żeby jego już nikt w ten sam sposób nie potraktował.
Takie to nic, a cieszy. Wiem, że w dużej mierze spowodowane jest to hmm stanem wszystkich imprezowiczów. A jest to taki stan, w którym można się śmiać ze wszystkiego.Więc takie bieganie, ze słowami  „Na ostatek” na ustach, jest jak najbardziej zabawną sprawą.
To taka drobna dygresja co do tytułu.
Ale nie o tym miało być.
Miałam zacząć od tego, że mama i babcia są niezastąpione i najlepsze na świecie.
Wystarczy zostawić je same na weekend.
I to oczywiste, że taki duet zawsze coś wykombinuje.
A w okresie ostatkowym w ciemno mogę celować, że ten ich spisek musi się nazywać faworki :)
I nie było inaczej w tym razem.
Niedzielny wieczór i mój powrót do domu był bardzo przyjemny. 
Idealne, lekkie i rozpływające się w ustach, oprószone cukrem pudrem małe cuda. Odłożone i czekające specjalnie na mnie.
Znacie coś lepszego niż wracać do domu i być przywitanym w taki właśnie sposób?
Bo ja z ręką na sercu mówię że nie ;)



niedziela, 10 lutego 2013

Na przekór walentynkom

Nigdy nie lubiłam walentynek.
Tej całej komercji związanej z tym dniem.
Tych wszechobecnych serduszek, kartek, misiów, którymi bombardowany jest człowiek ze wszystkich stron.
Po co czekać do 14 lutego?
Tylko dlatego, że jest to z góry ustalony dzień zakochanych, muszę kupić prezent ukochanemu i spędzić z nim czas?
Przecież mam na to cały rok. Całe 365 dni.
W każdy inny dzień mogę zrobić przyjemność tej wyjątkowej osobie.
Zaprosić od tak, żeby posiedzieć, wypić wino, oglądnąć film.
A przygotować kolację niespodziankę.
Przy świecach.
Upiec słodkie, kruche ciasteczka na deser.
Wskoczyć w małą czarną.
A potem przez pół wieczoru patrzeć w jego zadziwione oczy.
„Naprawdę mnie zaskoczyłaś! Nie spodziewałem się”
I takie "walentynki" są właśnie najfajniejsze.

A co gotują zakochane dziewczyny ?


sobota, 9 lutego 2013

Leniwa sobota i serniczki z patelni

Jest kilka rzaczy na świecie, których nigdy nie zrozumiem.
Choćbym się dwoiła i troiła, nie ma szans, bo i tak ich nie pojmę.
Jedną z nich, jest taka jedna przypadłość, która dopada mnie zawsze w sobotę.
W wolną sobotę.
W taką kiedy mogę spać do oporu.
Nie muszę wstawać i wskakiwać pod prysznic skoro świt, aby się dobudzić i wziąć za naukę.
Tak pewnie wiecie o czy mowa;)
Chyba nie tylko ja mam z tym problem, że wtedy gdy mogę pospać, wylegiwać się w łóżku do południa, godzina 7.00 to jest maksimum moich możliwości.
Przewracanie się z boku na bok, oczy jak talerze i jednym słowem koniec spania.
Ale oczywiście we wszystkie inne dni, jestem niesamowitym śpiochem. Zasypiam w ciągu 2 minut zawsze i wszędzie, a rano jesem żywym trupem ;)

Dziś, skoro znów obudził się we mnie ranny ptaszek, miałam mnóstwo czasu na przygotowanie pysznego śniadania.
Odkąd zobaczyłam przepis na serniczki z patelni, wiedziałam że prędzej czy później, wylądują i u mnie na talerzu.
Wzorowałam się na przepisie Sylwii z bloga Makaron i rodzynka, ale wprowadziłam drobne modyfikacje.


czwartek, 7 lutego 2013

Poimprezowa rzeczywistość

Cięzki dzień.
The day after. Nie znam kogoś kto przepadałby za nim.
Ale dobrze widziałam, że to się musi tak skończyć.
Cierp ciało jakżeś chciało.
I będę cierpieć z podniesionym czołem cały dzień ;)
Choć głowa boli niemiłosiernie, nogi odpadają a ręce całe w siniakach ( tak, bo moi tancerze mieli bardzo stanowczy uścisk ;)
Ale warto, dla każdej chwili wczorajszego wieczoru, dla każdego kieliszka, piosenki i tańca, dla każdej osoby, rozmowy i uśmiechu :)

Próbuję od rana doprowadzić się do stanu używalności, ale nic nie pomaga.
Ani kąpiel, ani włożenie głowy pod zimny prysznic.
I lekki jogurt z musli na śniadanie też nie przyniósł ulgi.
Może kawa.
Z waniliową pianką i orzechową nutą.
Bo nie mogłam się zdecydować czy wolę kawę czy orzechowe cappuccino.
Postawiłam więc na dwa w jednym.


środa, 6 lutego 2013

Włoskie śniadanie i Rzymskie wakacje

No,  śniadanie prawie włoskie mam.
Coś na kształt panini.
Świeżutka bułka prosto z piekarni.
Mozzarella.
Pomidory.
Bazylia.
I Rzymskie wakacje?
W zasadzie, ani nie rzymskie, ani nie wakacje.
Jeśli już, to tylko ferie i wcale nie rzymskie, a krakowskie.
Ale przy takim śniadaniu, nie wyobrażam sobie innego towarzystwa, jak właśnie jedynej w swoim rodzaju uroczej Audrey.
I nie, tym razem nie jako Holly.
Choć w tym wydaniu pasuje do każdego śniadania.
Bo dziś, skoro Włochy i panini, to jedyne na co mam ochotę, to popatrzeć jeszcze raz na Rzym oczami Księżniczki Anny.




niedziela, 3 lutego 2013

Żeby nie dać się zwariować

Bo nawet jeśli zaplanuję weekend to nic z tego.
I tak potem powiem: No bo tak wyszło
Ale w zasadzie nie przeszkadza mi to.
Takie zmiany akcji sa bardzo miłe :)
I po winie śpi się lepiej.
A poza tym ostatnio boje się zostawac na noc sama.
Mała Ola znów się oddzywa?
Ta która co noc dreptała do łóżka rodziców.
Teraz na szczęście juz tego robić nie muszę, bo to ktoś drepta do mnie ;)



sobota, 2 lutego 2013

A gdy przychodzi weekend...

Tak wiem, jestem nudziarą.
Znowu jest weekend.
A u mnie znowu grzaniec.
Tylko że tym razem taki grzaniec dla abstynentów.
Albo dla kierowców.
No i dzieciaki też mogą go spróbować.
W każdym razie, ostatni weekend był przecudowny, magiczny, wspaniały, a ten się zapowiadał trochę gorzej.
Więc na poprawę humoru, na rozgrzanie (choć grzać już się nie trzeba w zasadzie, bo w okno prawie puka wiosna).
Ale każdy powód jest dobry.
Na picie.
Ale ja dziś nie piję.
Tylko popijam grzańca z herbaty i zagłębiam się w życie robali, grzybów, bakterii i innych mniej sympatycznych istot.
Swoją drogą im więcej dowiaduję się o  tych stworzonkach, tym bardziej tracę na wszystko apetyt. Bo jak tu zjeść ze smakiem ciacho, czytając o dwudziestometrowym tasiemcu.

Dobra, ale wracając do herbaty, to mimo wszystko taka mikstura jest całkiem w porządku. 
Bardzo aromatyczna.
Jednak we wszystkie inne dni, te wolne, beztroskie i spędzane w najlepszym towarzystwie z możliwych pozostanę wierna tej wersji.

A na dzisiejsze popołudnie, wieczór i noc jakiś partner też się przyda.
Nawet taki mały i nie za bardzo rozgadany.
W każdym razie nie będę się czuła samotnie ;)



piątek, 1 lutego 2013

Bo marzyłam o szarlotce...

Ale na taką prawdziwą, potrzeba więcej czasu, niż pół godziny.
A jeszcze przez kilka dni, nie mogę pozwolić sobie na beztroskie nicnierobienie, pieczenie, oglądanie po nocach filmów i na wszystkie inne rzeczy za którymi tak tęsknie.
Ale byle do wtorku.
A wracając do wspomnianej szarlotki. 
Udało mi się trochę oszukać i mimo wszystko ją zjeść.
No nie do końca, bo zadowoliłam się raczej jej zamiennikiem. 
Ale za to jakim smacznym :)
Jabłka
Cynamon
Maślana, chrupiąca kruszonka
Chyba już kończyć nie muszę, bo każdy domyśla się co chodzi mi po głowie.
A do tego kubek kawy.
Albo jeszcze lepiej dwa.
I poranek juz wrogiem nie jest :)