poniedziałek, 3 marca 2014

Po tajsku Samui


Bo fajnie czasem wyjść gdzieś razem.
I posmakować trochę innego świata.






Niedawno odwiedziłam jedną z tajskich restauracji w Krakowie - Samui. Dobrze pamiętam ją z Kuchennych rewolucji, które mam w zwyczaju oglądać ( choć blond Pani nie znoszę! ).




Wnętrze bardzo mi się podoba. Jest przyjemne i przytulne. Dzięki zdjęciom wiszącym na ścianach, możemy poznać pochodzącą z Tajlandii szefową kuchni. Choć nigdy nie byłam w tym kraju i nie próbowałam tamtejszego jedzenia, mogłam być pewna, że to co dostanę w tej restauracji będzie jak najbardziej zbliżone do oryginału.



Pora zatem wybrać coś z bogatej karty menu.




Jako przekąskę dostaliśmy krewetkowe chipsy. Dobrze było je pochrupać w oczekiwaniu na kolację.


Na pierwszy ogień poszła zupa- Tom Yam Kung, czyli narodowa tajska zupa krewetkowa z grzybami. Co mi się podobało, to możliwość wyboru stopnia ostrości zamawianych potraw. Dowiedzieliśmy się, że jest pięcio-stopniowa skala. Kelnerka zapewniała, że dwójka, dla nas pospolitych Polaków jest taka w sam raz, czyli danie jest pikantne, ale nie będziemy zionąć ogniem. Ja znając upodobania mojego towarzysza do ostrej kuchni, uległam i zgodziłam się na zupę numer trzy (bo zupy smakują Nam najbardziej jedzone na spółę). I całe szczęście że na tym poziomie się zatrzymaliśmy, bo po czwórce musielibyśmy chyba wzywać straż pożarną.


Wzięliśmy jeszcze jedną przystawkę przed głównym daniem. Były to mini szaszłyki z kurczaka z dwoma sosami- orzechowy podbił moje serce.


W międzyczasie toasty, jeden za drugim, wznosiliśmy wytrawnym, białym winem (wielbię białe wino! Jeszcze trochę i całkowicie oduczę się pić czerwonego).


No dobra, nareszcie przyszła pora na gwiazdę wieczoru, czyli danie główne.Wybraliśmy jeden z zestawów dla dwojga, a mianowicie kompozycję o urokliwej nazwie- 3 smaki piekła (diabelskie zapędy mojego towarzysza zaczynają mnie już martwić ;).


W zestawie znalazły się: halibut w chrupiącej panierce z imbirem, wieprzowina w czerwonym sosie curry z bambusem i kurczak z pastą chilli. Przystopowaliśmy z ostrością dań i tym razem staliśmy się przeciętniakami- wybraliśmy dwójkę. Jako dodatek dostaliśmy porcję jaśminowego ryżu (mój pierwszy raz z tym ryżem i już czuję że się polubimy).





Szybko wybraliśmy swoich faworytów. Moim okazał się halibut, co w sumie nie było żadną niespodzianką, a mój towarzysz postawił na wieprzowinę ( no bo mięcho to mięcho! ). Kurczak okazał się być najsłabszym ogniwem. Bo za suchy, bo nijaki,  a poza tym jak tu się zachwycić zwykłym kurczakiem?!


Najedliśmy się za wszystkie czasy, ale jak zgodnie stwierdziliśmy- w sam raz. Mogłam swobodnie się poruszać, więc tragedii nie było. Skusił mnie jeszcze deser, który wypatrzyłam już na samym początku. Mam bardzo głupi nawyk zamawiania pozycji z menu, nie dowiedziawszy się wcześniej, co tak naprawdę się kryje za niewyjaśnionymi do końca potrawami.
Pudding? Ok. Tajski? No w końcu w tajskiej restauracji jesteśmy. Kokosowy? Biorę w ciemno!


Deser okazał się być przygotowany z tapioki na mleczku kokosowym. Ucieszyłam się, bo tapioki nigdy nie próbowałam, a ja lubię próbować nowych rzeczy. Jeszcze jeden szczegół tego pucharku mnie zastanowił. Żółte kuleczki? Hmm a co to takiego... Spróbowałam i choć od razu poznałam ten smak, kilka minut zajęło mi by wpaść na to że owym składnikiem jest kukurydza! A to dopiero nietuzinkowy deser. Ciekawe połączenie, ale do dziś nie wiem czy mi smakowało. Chyba bardziej po prostu zaintrygowało. Tak czy inaczej pucharek zostawiłam prawie nietknięty, bo przypomniałam sobie w porę że jestem już NAjedzona, a nie chcę poczuć się PRZEjedzona.


Wyprawa po nowych, nieznanych smakach w Samui jak najbardziej mi się podobała. Chętnie wrócę tam na halibuta i jeszcze kilka ciekawych potraw, na które dziś nie znalazłam już w brzuchu miejsca.
A spacer po takiej kolacji był po prostu wskazany!


Miłego poniedziałku!


5 komentarzy:

  1. cudnie :) najbardziej to mi się te szaszłyki podobały:) ale wszystko super smacznie wyglądało :) i spacer obowiązkowy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No to można zaryzykować stwierdzenie, ze 'zwiedziłaś kawał świata', na talerzu oczywiście... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. ojej... cudowne! Restauracja-mega..
    Ale najbardziej urzekły mnie szaszłyki na przystawkę i... deser oczywiście! :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Oglądałam ten odcinek :D Bardzo ciekawa restauracja. Jak kiedyś trafię do Krakowa, to się tam wybiorę, bo dania wyglądają pysznie :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Byłam i bardzo miło wspominam wizytę i jedzenie :)

    OdpowiedzUsuń